logo

Acatenango – trekking (nie)ekstremalny

Pierwszą rzeczą, która skłoniła mnie do wyjazdu do Gwatemali, była chęć zobaczenia ruin Tikal. To było moje marzenie, ale nie leci się przez pół świata, aby zobaczyć kilka piramid i wrócić. Zacząłem więc drążyć i szukać innych ciekawych miejsc w okolicy. Trafiłem gdzieś przypadkiem na opis trekkingu na wulkan Acatenango i już wiedziałem, że to jest to.

Ale od początku. Żaden ze mnie miłośnik sportów ekstremalnych, balansowania na krawędzi czy innego narażania życia, a z kimś takim bardziej mi się kojarzył trekking na wulkan. O Acatenango nigdy nie slyszałem, zanim nie zainteresowałem się Gwatemalą jako potencjalnym kierunkiem na wakacje. Zdarzało mi się owszem chodzić po górach, ale najbardziej ekstremalnym przeżyciem była dla mnie dotychczas burza pod Rysami.

Skąd mi się wzięło Acatenango?

Tikal leży na dość odludnej w gruncie rzeczy północy Gwatemali. Większość atrakcji znajduje się na południu. Każdy turysta musi tam trafić – Antigua Guatemala to miejsce, którego nie da się ominąć. Jest sama w sobie ciekawa, ale nawet gdyby kogoś nie interesowała, to znajdzie się on tam choćby ze względów logistycznych. A jak już tam będzie, to zobaczy górujące nad nią trzy wulkany – Agua, Fuego i Acatenango właśnie.

W tle szczyty Fuego (po lewej) i „dwuwierzchołkowy” Acatenango

Wulkan Agua

Robią niesamowite wrażenie, a wybuchający w zasadzie wielokrotnie każdego dnia Fuego szczególne. Najlepszym zaś miejscem do obserwowania tego widowiska jest szczyt sąsiedniego Acatenango – też wulkanu, ale uśpionego (ostatnia erupcja w 1972 roku). Do samego przyjazdu do Gwatemali nie byłem na 100% pewien, czy zdobędę się na odwagę. Nie chodziło nawet o wybuchy, ale naczytałem się jaki to trudny trekking i nie wiedziałem po prostu, czy mam odpowiednią kondycję. Rozważałem dużo prostszą wycieczkę na wulkan Pacaya, ale ostatecznie dostępne w sprzedaży ulicznej koszulki z nadrukiem „Pacaya is for pussies” weszły mi na ambicję i pomogły w dokonaniu wyboru. 😄

Z kim?

Jak się okazało trekking rzeczywiście był dość wymagający, ale nie na tyle, aby nie poradził sobie z nim ktoś o przeciętnej kondycji i jakimkolwiek doświadczeniu w górach. Nie znaczy to jednak, że można tam sobie iść samemu na wycieczkę w klapkach. To jednak dość wysoka góra – 3976 m n. p. m. Na takiej wysokości mogą się już pojawić objawy choroby wysokościowej, jest to też teren aktywny sejsmicznie, co potencjalnie rodzi pewne zagrożenia. Pójście tam w grupie i z przewodnikiem górskim jest jak najbardziej uzasadnione, chociaż chyba nieobowiązkowe (tego nie wiem). Byłem tam w środę, a w sobotę miała miejsce największa erupcja Fuego od wielu lat. Grupa, która była tam wówczas, miała ogromne szczęście, że widziała to z bliska, ale również że była tam z przewodnikiem, który w tumanach pyłu unoszącego się po eksplozji przez około dobę w całej okolicy potrafił ich bezpiecznie sprowadzić do miasta.

OX Expeditions odkryłem w internecie jeszcze będąc w Polsce. Nie płacą mi za tę reklamę, ale polecam ich z pełnym przekonaniem. Zrobili na mnie dobre wrażenie już na wstępie. Poszedłem do ich siedziby w Antigui z marszu zapisać się na trekking i… odmówili mi. Musiałem poczekać do następnego terminu (na Acatenango z noclegiem na górze chodzą tylko 2 razy w tygodniu). Nie ukrywam, że trochę mi to skomplikowało logistykę, bo musiałem inaczej rozłożyć sobie w czasie wszystkie inne plany, ale jednocześnie mi to zaimponowało i przekonało, że nie przedkładają ilości ponad jakość. Kiedy skompletuje im się grupa nie przyjmują więcej osób i już. Biorą poważnie zarówno kwestie bezpieczeństwa jak i atmosfery podczas wyprawy w góry – tłok nie służy jednemu, ani drugiemu. Dzień przed wyjściem odbywa się spotkanie informacyjne wszystkich uczestników, na którym dowiadujesz się, czego się spodziewać, co ze sobą wziąć, czego nie brać, co zapewniają w cenie, a co ewentualnie trzeba sobie dodatkowo wypożyczyć. Mają wszystko łącznie z ciepłymi ubraniami. Ja akurat byłem w Gwatemali zimą, wcześniej zahaczając o mimo wszystko chłodny w styczniu Madryt, ale jadąc latem nie trzeba specjalnie z okazji trekkingu zabierać ze sobą czapki, rękawiczek i ciepłej kurtki.

Trekking

Spotykamy się przed 6 rano w hostelu Base Camp – jednocześnie siedzibie OX Expeditions. Nie nocowałem tu, ale bez problemu mogłem zostawić u nich wszystkie rzeczy na czas dwudniowego trekkingu. Po krótkim śniadaniu w kawiarni wyjeżdżamy busem poza miasto pod sam szlak. Dostajemy prowiant, każdy po kawałku namiotu, kij i w drogę. Szlak na początku jest łagodny, ale też nie jakoś oszałamiający widokowo. Mijamy pola kukurydzy, o tej porze roku puste, a po jakimś czasie wchodzimy do lasu. Jest wilgotno i zaczyna się robić stromo. Technicznie nie jest trudno, ale jesteśmy już na wysokości grubo ponad 2000 m i chociaż nie jest to jeszcze żadne ekstremum, to człowiekowi z nizin jak ja zaczyna to już działać na wyobraźnię.

Kiedy tylko mogę unikam wszelakich wycieczek zorganizowanych, bo nie jestem typem osoby, która od razu integruje się z grupą obcych ludzi, ale z drugiej strony lubię przewodników. Zawsze mają coś ciekawego do powiedzenia – a to o jakimś drzewie, a to o kwiatku – samemu na wiele rzeczy nie zwróci się uwagi.

Kwiatek znaleziony w lesie zwany mano de mono (małpia dłoń)

Po wejściu w strefę roślinności alpejskiej widoki robią się naprawdę ciekawe. W ciepłych krajach fajne jest to, że na 3000 m nie jest jeszcze zimno, a i szata roślinna jest stosunkowo bujna. Po dojściu do obozu, gdzie rozbijamy namioty czeka nas spore rozczarowanie. Szczytu Fuego, a w końcu dla niego tu przyszliśmy, nie widać. Wiemy, w którą stronę patrzeć, chmury się kotłują, niby od czasu do czasu coś tam zza nich zamajaczy, ale to jednak nie to, czego każdy oczekiwał. Przewodnicy są jednak dziwnie spokojni – powtarzają, że wulkan dotychczas żadnego turysty nie zawiódł. I rzeczywiście jeszcze przed zachodem słońca szczyt się przed nami odsłania dając pierwsze próbki swoich możliwości.

W oddali Pacaya (ta góra dla pussies 😉)*

To jednak nic w porównaniu do widowiska po zmierzchu. Nie mam aparatu, który by to oddał, ale eksplozje lawy, połączone z pomrukami spod ziemi, a wszystko pod gwieździstym niebem i przy ognisku – tego nie da się zapomnieć. W nocy jest potwornie zimno, czeka nas pobudka o 4 rano, ale nikt nie spieszy się do namiotu. Na kolejne erupcje patrzymy jak zaczarowani. Największa budzi nas około drugiej w nocy. Niby już śpimy, ale w jakieś 5 sekund wszyscy są już przed namiotami i obserwują niesamowity spektakl – iskry na kilkadziesiąt metrów i jęzory lawy spływające po zboczu, a wszystko wydaje się (na szczęście tylko wydaje) na wyciągnięcie ręki.

Przed świtem wyruszamy na sam szczyt Acatenango. To tylko około kilometra drogi od obozu, ale jest ciężko. Szlak jest stromy, grzęźnie się w miałkim pyle wulkanicznym, wysokość prawie 4000 m też robi swoje (kilka osób zostaje w obozie ze względu na lekkie objawy choroby wysokościowej – kiepskie samopoczucie i ból głowy). Wieje niemiłosiernie, jest zimno, ale wszystko rekompensuje wschód słońca i księżycowe widoki wygasłego krateru, na którego krawędzi stoimy i czynnego sąsiada, który nocą uraczył nas takimi fajerwerkami.

Ta niecka to wygasły krater Acatenango, a w środku czyjeś namioty – ludzie wejdą wszędzie 😱

Krajobraz o świcie jak na Księżycu

Zejście, zazwyczaj trudniejsze od wejścia, w tym przypadku jest proste – miejscami można nawet zbiegać, co robimy uskrzydleni wrażeniami ostatniej nocy i poranka.

Acatenango – czy było warto i dlaczego?

Reasumując, trekking na Acatenango był naprawdę świetny z wielu powodów. Po pierwsze, 3976 m to wysokość, która może już dawać satysfakcję. W Europie na tym poziomie jest już zazwyczaj, jeśli nie ekstremalnie, to niełatwo choćby ze względu na pogodę. W Gwatemali trzeba przygotować się na zimną noc, ale raczej nikt niczego sobie nie odmrozi. Po drugie, ekstremalne wrażenia są gwarantowane (Fuego to najaktywniejszy wulkan w Ameryce Środkowej), ale jest w zasadzie bezpiecznie. Obserwuje się go z sąsiedniego szczytu, więc wrażenie bliskości eksplozji jest dojmujące, ale jednak iskry do człowieka nie dolatują. Po trzecie, szczyt jest na tyle łatwy, że każdy, kto się zaprze, tam wejdzie, a jednocześnie na tyle trudny, że raczej w najbliższym czasie nie zostanie zadeptany. Po czwarte, biuro, z którym poszedłem okazało się profesjonalne i znające się na rzeczy. Kilka dni po mnie poszła tam z nimi inna grupa (trochę dłuższy wariant trekkingu). Jak już pisałem powyżej, trafili na największą erupcję Fuego od wielu lat. Byłem już wtedy na północy Gwatemali i oglądałem to w telewizji – kraj tym żył. Ich przykład pokazuje, że to nie zawsze przelewki, bywa naprawdę ekstremalnie i wtedy obecność doświadczonego przewodnika jest nieoceniona.

Zresztą zobaczcie sami:

Aż takich przygód nie miałem, ale też było fajnie.

Zupełnie przy okazji i na marginesie doświadczyłem ciekawego zjawiska. Media w Gwatemali emocjonowały się tą erupcją kilka dni – była non stop na czołówkach gazet, w telewizji gadali o niej bez przerwy, zdjęcia Antigui zasypanej pyłem niczym śniegiem krzyczały z każdej witryny kiosku. Powiadomiłem rodzinę, że wprawdzie w Gwatemali nastąpił wybuch wulkanu, jakiego nie notowano według niektórych od 30 lat, ale mnie osobiście nic nie grozi, bo jestem już w innej części kraju. Okazało się jednak, że moje powiadomienie było całkowicie bez sensu. Rodzina nie miała o niczym pojęcia, bo żadne medium w Polsce z polskim internetem włącznie nie napisało o tym nawet jednego zdania… Nie oceniam, czy to źle, czy dobrze, ale dało mi to do myślenia. Niby żyjemy w globalnej wiosce, a tak naprawdę jak nie mieli pojęcia o drugim końcu świata nasi dziadkowie, tak i my nie mamy, a ten znakomity obieg wszelkich informacji jest w dużej mierze pozorny.

W Gwatemali spotkałem się z wulkanami po raz pierwszy, ale nie ostatni. Przeczytaj także:

Kelimutu – trzy jeziora, wschód słońca i duchy.

Wschód słońca nad Bromo – warto?

* Tak mi się wydaje, że to Pacaya – tak to zapamiętałem, ale notatek nie robiłem i mogło mi się coś pokiełbasić. Zastanawiając się nad tym głębiej, porównując inne zdjęcia w sieci i ich opisy, to jest to chyba jakiś wyższy wierzchołek w okolicy – chyba Agua. Sprawa pozostanie nierozstrzygnięta dopóki nie wrócę w to miejsce i nie dopytam. 😉

Facebookby feather


Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox