logo

Bajawa – co robić w miejscu, gdzie nic nie ma?

W podróży nie zawsze są fajerwerki. Czasami trafi się do miejsca, gdzie nie ma nic ciekawego, które odstrasza wyglądem i w którym od razu pojawia Ci się w głowie pytanie: Co ja tu będę robić przez najbliższą dobę do czasu, kiedy odjeżdża stąd pierwszy autobus? Bajawa to takie miejsce, a ja odpowiem dziś, czy rzeczywiście czas spędzony tutaj musi być czasem straconym.

DSC03810

Nie chciałem się tu zatrzymywać. Miasto-wieś pośrodku niczego – baza wypadowa na wulkan Inerie, ale nie miałem go w planach. Nie uśmiechało mi się jednak też branie na raz trasy Labuan Bajo – Moni (Kelimutu), więc zrobiłem sobie przystanek w Bajawie.

Pierwsze wrażenie było fatalne. Po dziesięciu godzinach w busie, już po zmroku, zostałem wraz z pozostałymi pasażerami wyrzucony na rogatkach miasta. To niestety dość częsta w Indonezji praktyka. Na bilecie masz napisane Bajawa, ale kierowca wysadza Cię gdzieś przy trasie i jedzie dalej. Możesz się oczywiście awanturować, że chcesz do centrum, ale raczej na niewiele się to zdaje. Ja nawet próbowałem domagać się swojego po indonezyjsku, jednak kierowca konsekwentnie rżnął głupa. Chodzi jak zwykle w takich sytuacjach o naciągnięcie białasa. Bus spokojnie mógłby zahaczyć o centrum (zbyt wielkie słowo), ale lepiej pozostawić Cię przy drodze na pastwę ojeków (mototaksówkarzy). Jesteś w obcym miejscu, jest już ciemno i nie masz pojęcia, jak daleko stąd do najbliższego hotelu. Możesz unieść się honorem i iść do miasta pieszo (niektórzy tak zrobili) lub wybrać spośród tych natrętów najmniej bezczelnego, wynegocjować możliwie najmniej złodziejską cenę kursu i dojechać do hotelu na motorze. Proceder sam w sobie jest bandycki, ale ostatecznie nie trafiłem najgorzej, bo ojek był w miarę kumaty, nie zdarł ze mnie za dużo, a następnego dnia został moim przewodnikiem po okolicy za rozsądną cenę.

Trafiłem do hotelu jak z horroru. Nie był najgorszy, pościel sprawiała nawet wrażenie pranej, ale czułem się w nim trochę nieswojo. A to za sprawą faktu, że poza mną nikogo w nim nie było. Obsługa wydawała się dość mocno zaskoczona i niezdrowo podekscytowana tym, że mają gościa. „Akurat” nie było ciepłej wody, która zgodnie z opisem pokoju być powinna. Przywykłem w Indonezji do mycia się w zimnej i generalnie nie jest to duży problem, ale tym razem ciepły prysznic byłby wskazany. Bajawa leży w górach i w nocy jest tu po prostu zimno. To drugie miejsce w tym kraju po Bromo, w którym naprawdę zmarzłem. Złe wrażenie zatarło jednak śniadanie – poza kawą, herbatą i wyrobem pączkopodobnym okazało się, że mogę sobie zamówić jedno danie z karty. Po pół roku w Azji trudno mi zaakceptować posiłek bez ryżu, dlatego nasi goreng z rana był bardzo miłym zaskoczeniem. 😉

Ojek zjawił się w hotelu prawie punktualnie. Miałem z nim zwiedzić dziś górskie wioski i zakończyć trasę w gorących źródłach. Sceptycznie podchodzę do tego typu atrakcji, ale nic innego Bajawa niestety nie oferuje. Podglądanie codziennego życia tubylców w chatkach z bambusa trochę przypomina mi ludzkie zoo i tym samym wydaje mi się co najmniej niejednoznaczne etycznie. W wielu tego typu miejscach na świecie sztucznie podtrzymuje się biedę i zacofanie, bo te wyglądają malowniczo i podobają się turystom. Umorusane dzieci, tradycyjne stroje i chatki bez prądu świetnie wychodzą na zdjęciach z wakacji. Takie rzeczy jak wodociąg, antena satelitarna lub murowana publiczna szkoła w okolicy psują efekt – nie jest już tak dziko i „autentycznie”.

W wioskach Luba i Bena nawet mi się podobało, chociaż powtórzę, że oglądanie tego typu miejsc nie jest moją ulubioną rozrywką. Po pierwsze wsie są naprawdę pięknie położone i dobrze utrzymane. Życie w nich na pewno nie jest sielanką, bo teren jest górzysty i trudny, ale ktoś o nie dba. Zwłaszcza w tej drugiej widać minimalne, ale jednak udogodnienia takie jak prąd i woda, a obok pierwszej stoi szkoła, w której uczą się dzieci. Ludzie zachowują tradycyjny styl życia, ale nie sprawiają wrażenia zakładników skansenu lub żywych eksponatów w muzeum. Są rolnikami, hodują zwierzęta, uprawiają orzechy makadamia, zajmują się własnymi sprawami. Kobiety oczywiście sprzedają swoje rękodzieło turystom i jest to zapewne ważne źródło ich utrzymania, natomiast chyba nie jedyne. Odwiedzając wioskę trzeba wrzucić coś do puszki w chacie „sołtysa” (co łaska), ale wydaje się to dość uczciwy układ. Ci ludzie, szczególnie w sezonie, żyją wśród plączących im się po podwórkach turystów, więc trudno, aby nic z tego nie mieli.

DSC03816DSC03863DSC03844

Uwagę zwraca ciekawa mieszanka katolicyzmu z lokalnymi wierzeniami animistycznymi i kultem przodków. Szokować mogą groby bezpośrednio przed domami, wśród których bawią się dzieci i biegają kurczaki. Nie chcę silić się tu na jakieś antropologiczne analizy, bo moja wiedza na temat kultury Ngada jest niewielka, ale wydaje się, że śmierć i życie bardziej się tu wzajemnie przeplatają niż w cywilizacji zachodniej, czy nawet dominującej w Indonezji islamskiej. Babcia, czy dziadek umarli, ale w zasadzie wciąż są z nami, tuż obok. Mają swoje miejsce w naszej przestrzeni, a nawet dwa – nagrobek z krzyżem oraz kapliczkę poświęconą przodkom (męską przypominającą kształtem parasol i żeńską – małą chatkę). Zresztą nie jest to wyłącznie domena tradycyjnych wiosek. W „nowoczesnych” wsiach na całej Flores widać groby rodzinne tuż obok budynków mieszkalnych. Płaczemy często nad zanikającymi pierwotnymi kulturami, ale to nie tak, że po przyjęciu katolicyzmu i przeprowadzeniu się z bambusowej chatki do murowanego domu ludzie jakoś diametralnie się zmieniają. 1050 lat po chrzcie Polski w naszej obrzędowości też nadal dominują elementy o rodowodzie przedchrześcijańskim.

DSC03828DSC03847DSC03874

Ostatecznie nie żałuję, że Bajawa i okolice znalazły się na mojej trasie. O tego typu wioskach w wielu punktach na świecie naczytałem się i nasłuchałem sporo złego jako o miejscach, gdzie władze kraju umieszczają kłopotliwych, niedających się unowocześnić tubylców i robią z nich atrakcję turystyczną – zakładników skansenu, którzy często wbrew własnej woli skazani są tam na wegetację. Tutaj nie wygląda to źle, chociaż oczywiście po jednodniowej wycieczce nie mogę wypowiadać się jako ekspert od aktualnej sytuacji plemienia Ngada.

Ta upiorna i nieciekawa Bajawa okazała się całkiem przyjaznym miejscem również, a może przede wszystkim, dzięki mojemu lokalnemu przewodnikowi. Coraz częściej w podróży otwieram się na takich ludzi. Początki tego typu znajomości bywają trudne, bo odbywają się w atmosferze targu – kto kogo oskubie, kto komu da się orżnąć. Jeśli jednak pomyślnie przejdzie się przez ten etap, później jest już tylko lepiej. Sprawdza się to zwłaszcza w miejscach, w których z pozoru nic nie ma. Miejsca nieciekawe nie istnieją. Wszędzie COŚ jest. Pozostaje tylko kwestia znalezienia osoby, która nam to coś pokaże. Poza tym miło pije się kawę w czyimś rodzinnym domu wśród braci, kuzynów i ciotek. Okazuje się, że nawet nie mając wspólnego języka można mieć wspólne tematy. Na Flores to najczęściej Jan Paweł II, polscy misjonarze i oczywiście Robert Lewandowski.

DSC03879DSC03890

Macie jakieś doświadczenia z miejscami, po których nie spodziewaliście się wiele, a pozytywnie Was zaskoczyły?

Facebookby feather


  • Interesujące:) Jak widać nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło i doświadczyłeś nowych wrażeń. My niekiedy tez miewaliśmy przygody z transportem podróżując po Azji, ale koniec końców wszystko kończyło się dla nas udanymi wyprawami. Świetne zdjęcia. Pozdrawiam serdecznie 🙂

    • Przygody z transportem to nieodłączna część podróży po Azji, ale taki już jej urok. 😄

  • Zdecydowanie, generalnie nie wiedząc czemu często te miejsca, które właśnie nie przyciągają aż takiej uwagi są o niebo lepsze od tych popularnych i oczekiwanych 🙂 Super zdjęcia!

    • Zwiedzam oczywiście największe atrakcje turystyczne, ponieważ z jakiegoś powodu są tymi atrakcjami, ale na każdych wakacjach poświęcam też trochę czasu na takie mniej popularne miejsca. Zazwyczaj mnie nie zawodzą.

  • Bardzo egzotyczne. Fajnie odkrywać mniej popularne miejsca, czasami równie ciekawe jak największe atrakcje turystyczne.

    • Pewnie, że fajnie!

  • Co za miejsce! Istna egzotyka. Jakbym oglądała zdjęcia z zupełnie innej planety. Przepięknie…

    • Każda indonezyjska wyspa to zupełnie inna planeta…

  • Marek Głowski

    W Bajawie też mieliśmy trochę przygód, zapraszam na mojego bloga https://bigmarkk.wordpress.com/ , ale ogólnie to też mam mieszane uczucia – z jednej strony podobało mi się podglądanie mieszkańców ale z drugiej trochę byłem zażenowany włażeniem na cudze podwórko. No ale z jeszcze jednej – turyści zostawiają jakieś pieniądze, przydają się do wspólnego budżetu, państwo nie bardzo się nimi interesuje.
    pozdr
    bm

    • No właśnie, nie jest to wszystko takie proste. Znam jednak relacje z tego typu wiosek tubylczych w Afryce i Tajlandii i na tym tle Bajawa i okolice wypadają naprawdę nieźle. A Twojego bloga znam i czytam 😄

      • Marek Głowski

        Trochę szkoda , że się tak ze wszystkim zgadzamy 😉 Co gorsza, przeczytałem news o Komodo i też mogę się podpisać pod każdym zdaniem . Ostatnio ktoś pisał , że Labuan Bajo to okropne miejsce, a ja tymczasem mam inne zdanie , podoba mi się taka atmosfera końca cywilizacji , trochę brudno, trochę bałaganu, ale mnóstwo autentyczności. W sumie to mogę nie czytać innych postów, skoro się ze wszystkimi zgadzam , co nie ? 😉

        • Postaram się zatem pisać bardziej kontrowersyjnie, żeby było o co się kłócić 😄

          • Marek Głowski

            Nie ma pewności , że te kontrowersyjne też nie będą zgodne z moimi 😉

Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox