logo

Chichicastenango i autentyczne przeżycia w podróży

Świętym Graalem wszelkiej maści podróżników jest doświadczenie autentyzmu w odwiedzanych miejscach. Nikt go nigdy nie zdefiniował – wiadomo tylko, że jest przeciwieństwem tego, co oferują zorganizowane wycieczki, czyli sztucznego świata wykreowanego na potrzeby „allinkluzywnej” gawiedzi. Debaty na temat tego, czy dane miejsce jest autentyczne, czy może tylko stworzone pod turystów są dla mnie zazwyczaj męcząco jałowe. Odkrywcy pokroju Amundsena lub choćby Tony’ego Halika już wymarli, a my wszyscy jesteśmy po prostu turystami preferującymi co najwyżej różnego typu atrakcje. W miejscach takich jak Chichicastenango to pytanie o autentyzm jednak w głowie się kołacze.

Chichicastenango jako atrakcja turystyczna

W Panajachel biznes turystyczny się kręci. Leży nad jeziorem Atitlán rozpropagowanym jako najpiękniejsze na świecie i nawet jeśli nie widziało się wszystkich innych pretendujących do tego miana, to dosyć łatwo przyjąć, że coś w tym jest. Górujące nad taflą wody wulkany, przechadzający się wszędzie Majowie w ludowych strojach, podstarzali i młodociani hippisi rano na zajęciach jogi lub ziołolecznictwa, a wieczorem na łodziach – pływających dyskotekach. Jest wszystko, co niezbędne, aby stać się backpackerską mekką. Brakuje tylko lokalnych biur oferujących jednodniowe wycieczki do pobliskich atrakcji. A w zasadzie nie brakuje, bo i one tu są i dopełniają sprawdzony od Filipin po Meksyk schemat. W ofercie wycieczka do Chichicastenango – najlepszego w Gwatemali, jeśli nie całej Ameryce Łacińskiej, indiańskiego targu. Wszystko jedno z jakiego powodu, ale jeśli coś jest naj, to na atrakcję turystyczną się nadaje.

Bus w niedzielę o świcie odbiera mnie z hostelu w Panajachel i zawozi do osławionego Chichicastenango, gdzie właśnie tego dnia na targ zjeżdżają się Majowie z całej okolicy, a razem z nimi tłumy gringos łaknący kolorowych fotek z najbardziej kolorowego miejsca w Ameryce Łacińskiej. Zajeżdżamy na miejsce.

„Macie tyle i tyle czasu, targ jest tam, uważajcie na kieszonkowców, zbiórka o tej i o tej godzinie na tym parkingu, miłej zabawy, na spóźnialskich nie zaczekamy.” Idę za tłumem, targ jest rzeczywiście kolorowy, Majowie rzeczywiście wystroili się w stroje ludowe, dwa białe kolonialne kościółki po obu stronach placu idealnie dopełniają scenografię. Jest ładnie i fotogenicznie – w kategorii atrakcji turystycznych solidne 9 na 10. Nie wiem w sumie dlaczego 9, może gdyby nie tylko lokalne kobiety, ale też faceci ubrali się bardziej odświętnie byłoby 10. Poza tym nie ma się do czego przyczepić. O umówionej godzinie stawiam się na zbiórce, oczywiście są spóźnialscy, oczywiście na nich czekamy, bo jesteśmy w Ameryce Łacińskiej, więc nikt łącznie z naszym kierowcą nie wziął na poważnie godziny odjazdu. Miły dzień w ładnym miejscu.

Chichicastenango jako ośrodek autentycznej majańskiej kultury

Wielu prawdziwych podróżników gardzi miejscami typu Chichicastenango – cepelia, przedstawienie dla turystów, „tourist trap”. Autentyczną Gwatemalę można spotkać wyłącznie na zadupiu, do którego nie dojeżdża żadna komunikacja, gdzie nic nie ma do zobaczenia, gdzie chodzą bose dzieci z gilami do pasa i nikt nie zna słowa po angielsku. Prawdziwy podróżnik nie kala swoich prawdziwie podróżniczych stóp pyłem z placu targowego w Chichicastenango.

Z internetu wylewa się mnóstwo opinii, że to jest autentyczne, tamto jest nieautentyczne, tutaj jest prawdziwa Gwatemala, a tam jest nieprawdziwa, tutaj jeżdżą turyści, a tam prawdziwi podróżnicy i odkrywcy. Zastanawiam się zawsze, kim są ludzie wygłaszający te sądy. Kto po dwóch tygodniach, czy nawet dwóch latach w danym kraju zjadł tyle rozumów, że daje sobie prawo, aby oceniać, że ta Indianka jest prawdziwa i autentyczna, a ta druga już nie?

Myślę sobie, że gdybym był Majem mieszkającym w kraju, w którym należę do większości, ale przez lata wojny domowej musiałbym wstydzić się swojej tożsamości, obawiać się, że przez sam fakt bycia biednym mógłbym zostać posądzony o bycie komunistą i zabity, mój język, którym mówili twórcy wielkiej cywilizacji uznawany byłby za obciachowy i niegodny nauczania w szkołach, miałbym inne podejście do Chichicastenango niż prawdziwi podróżnicy uznający je za tandetną cepelię. Nie jestem Majem, o Gwatemali przeczytałem raptem jedną książkę, więc tak naprawdę nie wiem, co bym myślał, gdybym Majem był.

Wydaje mi się jednak, że chciałbym, aby istniało Chichicastenango. Chciałbym co niedziela ubrać się odświętnie i pojechać tam ze swojej wsi, aby sprzedać to, co wyprodukowałem. Byłoby mi chyba wszystko jedno, czy byłyby to płody rolne, czy tandetne lub nie pamiątki dla turystów. Zapewne denerwowaliby mnie gringos oglądający mnie jak ciekawy okaz etnograficzny i robiący mi zdjęcia bez względu na to, czy wyrażam na to w danym momencie zgodę, czy nie. Z drugiej strony odczuwałbym coś w rodzaju dumy lub przynajmniej zadowolenia, że przyjechali tu i zobaczyli, że jeszcze Majowie nie zginęli. Że usłyszeli, że mam swój język i nie jest to hiszpański. Że być może dostrzegli podczas procesji pod kościołem świętego Tomasza, że wprawdzie przyjąłem ich chrześcijaństwo, ale nie zrezygnowałem ze swojej jego interpretacji.

Czy to niedzielne kolorowe święto odzwierciedlałoby moje zwykłe gwatemalskie życie? Czy pokazywałoby, że naprawdę mieszkam na zadupiu, do którego nie dojeżdża żadna komunikacja, gdzie nic nie ma do zobaczenia, gdzie chodzą bose dzieci z gilami do pasa i nikt nie zna słowa po angielsku? Oczywiście, że by tego życia nie odzwierciedlało.

Czy to niedzielne święto jest jednak mniej autentyczne niż reszta tygodnia? Otóż nie, jest tak samo prawdziwym, gwatemalskim doświadczeniem. Niedziela to po prostu niedziela, a dzień powszedni, to dzień powszedni.*

Pascual Abaj – wzgórze pod Chichicastenango

A jeśli kogoś mimo wszystko odpychają odpustowo-cepeliowe klimaty i tłok, co jestem w stanie zrozumieć, a jednak chciałby podejrzeć trochę żywej prekolumbijskiej kultury, to polecam wyjść na krótki spacer poza miasteczko. Tam, już bez tej kolorowej otoczki, można spotkać ubranego całkowicie po europejsku szamana w pomarańczowej bejsbolówce. Na świętym wzgórzu, gdzie stał kiedyś posąg lokalnego idola, ale już nie stoi, bo przedstawiciele „wyżej rozwiniętej cywilizacji” postanowili go zniszczyć, mieszkańcy okolicznych wsi przychodzą wyprosić pomyślność u majańskich bóstw, Jezusa i Matki Boskiej. Na gringo nikt tam krzywo nie patrzy, można z ludźmi swobodnie pogadać (hiszpański również dla nich jest językiem obcym, więc nie trzeba się przejmować, że trochę się go kaleczy), ale jak to w takich miejscach, odrobina taktu i nienarzucanie się są mocno wskazane.

*Dla porządku, to w Chchicastenango są dwa dni targowe – czwartek i niedziela – i to właśnie te dni są najlepsze na jego odwiedzenie, chociaż zapewne dzień powszedni też mógłby być ciekawy, ale zupełnie z innych względów.

 

Facebookby feather


Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox