logo

Cobán – co robić w miejscu, gdzie nic nie ma? (II)

Popełniłem już kiedyś tekst o tym, że w podróży nie zawsze są fajerwerki. Czasami trafia się do miejsca, w którym nie dość, że nic nie ma, to jeszcze autobusy kursują rzadko i nie ma się jak z niego wydostać. Takim właśnie miejscem jest Cobán w Gwatemali.

Po co w takim razie się jedzie do Cobán?

To bardzo dobre pytanie. Przyjechałem do miasta po zwiedzaniu Tikalu. Już na dworcu autobusowym we Flores (tym gwatemalskim; o Flores w Indonezji piszę m. in. tutaj) powinna mi się zapalić lampka. Bilet kupiłem dzień wcześniej za pośrednictwem hostelu. Z trochę oddalonego El Remate, gdzie spałem, przywiózł mnie na dworzec niewielki bus i zaczęło się to charakterystyczne w Ameryce Łacińskiej czekanie nie wiadomo na co. Niby zostałem „przekazany pod opiekę” jakiegoś faceta, który miał mi dać znać, co i jak dalej, ale po dłuższym czasie w poczekalni zacząłem się niepokoić. W końcu po jakimś zamieszaniu, z którego niewiele zrozumiałem, zostałem wepchnięty do kolejnego busa, mającego mnie zawieźć do miejsca docelowego. Kilkukrotnie byłem pytany przez różne osoby, czy na pewno jadę do Cobán. Mój hiszpański nie jest idealny, ale na tyle dobry, że nie trzeba rozmawiać ze mną jak z dzieckiem. Dokładnie wiedziałem, dokąd jadę, powtarzałem to najwyraźniej jak umiałem, ale spotykałem się ze spojrzeniami typu „temu gringo pewnie się coś pokiełbasiło”. Cała reszta jechała do pobliskiego Semuc Champey – wodospady, jaskinie i tym podobne klimaty, które mimo że na zdjęciach rzeczywiście wyglądają malowniczo, postanowiłem sobie darować.

Po dość długiej drodze zatrzymaliśmy się na obrzeżach Cobán na siku. Kierowca z pewnym niedowierzaniem wydał mi mój bagaż przywiązany na dachu, jeszcze raz upewniając się, czy na pewno nie chcę kontynuować podróży do jakiegoś sensowniejszego miejsca i rozstaliśmy się.

Pierwsze wrażenie Cobán zrobiło na mnie średnie. Brzydka prowincjonalna zabudowa, smród spalin – trochę inaczej wyobrażałem sobie miejsce słynące podobno z plantacji kawy…

Kawa – ona mnie tu sprowadziła

Mam takie zboczenie (wynikające pewnie z faktu, że jakieś 6 lat pracowałem w gastronomii, głównie jako kelner i/lub barman), że fascynuje mnie proces produkcji jedzenia i picia. Restauracje, knajpy, jadłodajnie i bary to kluczowe punkty do odhaczenia w podróży, ale poza tym, gdzie tylko to możliwe, staram się podejrzeć, skąd to żarcie się wzięło. Jeśli w okolicy jest winnica lub jakaś inna plantacja czegokolwiek, to jeśli tylko mam czas, na pewno tam pojadę.

Tak też miało być w Cobán, ale tym razem wiatr wyjątkowo wiał mi w oczy. Pominę łaskawie milczeniem hostel, w którym spałem. Jego jedyną zaletą było to, że był. W przeciwieństwie do tego, w którym miałem spać, a który był tylko na papierze. W rzeczywistości zastałem go zamkniętego na cztery spusty. Natychmiast po pozbyciu się bagaży ruszyłem z mapą w miasto na poszukiwanie znalezionej wcześniej na stronach przewodnika finki (finca – hiszpańskie określenie na farmę, folwark, gospodarstwo – coś w tym stylu). Wyobrażałem ją sobie jako kolonialną posiadłość na skraju plantacji, w której pod okiem fascynująco opowiadającego przewodnika prześledzę drogę od krzewu kawowego do filiżanki aromatycznego napoju. Rzeczywistość zweryfikowała jednak oczekiwania.

Znalazłem coś, co może i można było nazwać posiadłością, ale w środku zastałem tylko senny sklepik z kawą. Pytam o możliwość podpatrzenia, skąd ta kawa się wzięła, a znudzona pani odpowiada, że dziś niedziela, więc zaprasza jutro. Przychodzę jutro, a pani z rozbrajającą szczerością oznajmia, że przewodnik nie przyszedł dziś do pracy, więc wycieczek nie będzie. Pytam, czy można rozejrzeć się samemu. Pani na to, że nie można, ale mogę za to kupić u niej wyśmienitą kawę z Cobán. Kupuję więc kawę, wychodzę i na tym kończy się moja przygoda na plantacji. Dostaję jednak lekcję, że latynoskie mañana (jutro) oznacza w rzeczywistości coś zupełnie innego. 😉 Tym mógłbym skwitować moją opowieść, ale…

Co jest w Cobán poza kawą?

Z pozoru nic. Jednak nawet w miejscu, w którym nic nie ma, jeśli jest się ponad dobę i nie ma się nic do roboty (bo to, co było do roboty, nie wypaliło), siłą rzeczy coś się zobaczy:

Targ, gdzie można kupić żywego indyka:

Klimatyczną majańsko – new age’ową knajpkę, gdzie obsługę wzywa się grzechotką, a do śniadania podają pikantne kakao z miodem i chili (Majowie nie znali kawy, pobudzali się kakao):

Na obiad zaś podają zupę z indyka, którego jeszcze żywego przyniosła tutaj w trakcie Twojego śniadania jakaś Indianka:

Można też poszwendać się po centralnym placu przed katedrą z przedziwną konstrukcją po środku, pełniącą funkcję punktu zbiórek lokalnej młodzieży. Obok znajdziemy też senne muzeum miejskie, w którym jest się jedynym zwiedzającym, co wyraźnie ekscytuje panią „pilnowaczkę”. W muzeum dowiaduję się, że to Niemcy sprowadzili tutaj kawę i stąd ta niezbyt latynosko brzmiąca etykieta na moim nieszczęsnym „zakupie z plantacji” – Dieseldorff Kaffe.

Jest też pobielony kościółek na wzgórzu – Iglesia del Calvario. Ogłoszenia parafialne są dwujęzyczne: po hiszpańsku i w q’eqchi (najważniejszym majańskim języku regionu Alta Verapaz). Jedno mówi na przykład, aby obrzędy z użyciem wosku załatwiać na zewnątrz ze względu na świeżo wymienioną posadzkę, do czego parafianie grzecznie się stosują. 😉

Fajnie było w Cobán, mimo że nic tam nie ma poza plantacją, której nie zobaczyłem.

… a Dieseldorff Kaffe przydała się na prezent z podróży i była niczego sobie.


Chcesz przeczytać, co jeszcze można robić w miejscach, gdzie nic nie ma? Zajrzyj tutaj:

Bajawa – co robić w miejscu, gdzie nic nie ma? (I)

A wiesz, że coban to na Jawie jedno z określeń na wodospad? Na przykład taki:

Wodospad Coban Pelangi

A o kawie pisałem m. in. tutaj:

Kopi luwak – o co to całe zamieszanie?

Facebookby feather



Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox