logo

Imprezowa Indonezja

Jestem typem zwiedzacza. Kiedy gdzieś jestem obskakuję wszystkie okoliczne zabytki bez chwili wytchnienia i lubię to. W mieszkaniu w obcym kraju jest jednak coś, co lubię jeszcze bardziej. Czasami udaje nam się dotrzeć w miejsce pozornie nieinteresujące, które jednak zmienia lub przynajmniej znacząco uzupełnia nasze wyobrażenie o danym kraju.

Gdzie trafiłem?

Na studencką imprezę masową typu „juwenalia”. W niedzielę przed świętami znajomy zaproponował mi wspólny wyjazd na miasto. Moje Bululawang jest trochę zapyziałe – każda odmiana jest mile widziana, dlatego bez wahania przyjąłem zaproszenie Ukiego do Malang – jednego z najważniejszych miast akademickich na Jawie.

Kraje muzułmańskie kojarzymy zazwyczaj z surowymi nakazami i zakazami. Nie można pić alkoholu, muzułmanie bez przerwy się modlą, więc nie mają czasu na zabawę, jakiekolwiek kontakty damsko-męskie dozwolone są tylko w ramach rodziny, kobiety zmuszane są do zakrywania włosów, a czasami twarzy, o skąpych strojach kąpielowych nie ma mowy i tak dalej… To wszystko prawda, ale tylko „częściowa  prawda”. Rzeczywiście, jeśli ktoś jedzie do Indonezji z nastawieniem, że poimprezuje w towarzystwie roznegliżowanych dziewczyn, to pewnie się zawiedzie, chociaż i dla takich osób są odpowiednie miejsca (zwłaszcza na Bali). Nie oznacza to jednak, że młodzi Indonezyjczycy się nie bawią, wszyscy żyją w celibacie, a cała imprezowa otoczka studiowania nie istnieje.

Kiedy Uki zaproponował mi wieczorne wyjście spodziewałem się kawy w gronie znajomych. Wieczorne picie kawy to taki ichniejszy substytut wieczornego piwa z kumplami. Zdziwiłem się jednak. Na początku pojechaliśmy na tzw. „beforkę” do typowego studenckiego mieszkania, a tam jak to zwykle w typowym studenckim mieszkaniu – do jedzenia wyłącznie chipsy, do picia piwo i jakiś tajemniczy trunek o nazwie Iceland Vodka, a wszystko spowite w gęstej chmurze dymu papierosowego 😉 Alkohol pił tylko jeden chłopak – pierwszy i jak dotąd jedyny zdeklarowany ateista, jakiego tu spotkałem, ale reszta nie czuła się tym jakoś szczególnie zgorszona. Alkohol nie jest tu zakazany, chociaż większość Indonezyjczyków rzeczywiście przestrzega zakazu jego picia.

Po zebraniu się całej ekipy ruszyliśmy w miasto, a konkretnie do czegoś w rodzaju uniwersyteckiej hali koncertowej. Na suficie wielkimi  złotymi literami wypisane jakieś cytaty z Koranu, a poniżej sceny jak z typowej studenckiej imprezy masowej – palenie po kątach mimo zakazu obowiązującego wewnątrz budynku, dziewczyny w obcisłych strojach wdzięczące się do swoich chłopaków itp. Jedyne różnice w porównaniu z tym, co znamy z Polski, to fakt, że mniej więcej połowa kobiet przyszła w chustach na głowie oraz większość ludzi była trzeźwa.

Jakość zdjęć jest taka sobie, bo niestety miałem przy sobie tylko telefon.

Jakość zdjęć jest taka sobie, bo niestety miałem przy sobie tylko telefon.

Na początku było nudnawo, bo to jednak impreza organizowana przez uniwersytet, więc nie obyło się bez części oficjalnej w postaci przydługiego pokazu jakiegoś tradycyjnego teatru. Mnie się podobało, bo dla mnie to egzotyka, ale większość ziewała i czekała tylko na upragniony koniec. Koniec wreszcie nastąpił i zaczęła się część nieoficjalna. Występ pierwszej didżejki (tak, kobiety) trochę mnie zaskoczył. Nawet jak na europejskie standardy była dość wyzywająco ubrana – pierwszy raz w Indonezji zobaczyłem tyle kobiecego ciała na raz. Później była gwiazda wieczoru Ello i kolejna didżejka – ta miała na sobie więcej ubrań, ale za to grała lepiej.

Zatrzymam się przy Ello (Marcello Tahitoe). To dość popularny tutaj piosenkarz pop-rockowy, który dał naprawdę fajny koncert. Facet ma długie włosy, jest nieogolony, gra na gitarze i w jego piosenkach przewija się często słowo cinta (miłość) – wszystkie kryteria, aby laski piszczały zostały więc spełnione. Kiedy pod koniec swojego show zdjął koszulkę i ukazał publiczności swoją wytatuowaną klatę emocje sięgnęły zenitu. Ja nie piszczałem, natomiast muszę przyznać, że na żywo grał dobrze, a i kontakt z publicznością miał świetny.

Exif_JPEG_420

Okazuje się zatem, że nawet w takiej Indonezji młodzi ludzie się bawią i studenckie życie wygląda bardzo podobnie do naszego. Patrzy na to wszystko Prorok (jego imię nosi uniwersytet, który zorganizował powyższą imprezę), ale żadne gromy tego wieczoru z nieba nie poleciały, więc chyba nie ma nic przeciwko 😉

Facebookby feather


Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox