logo

Kelimutu – trzy jeziora, wschód słońca i duchy.

Jadę sobie trasą Trans Flores z Bajawy do Ende. Jest pięknie – góry, lasy, pola ryżowe. Ostatni odcinek wiedzie wzdłuż wybrzeża i robi się jeszcze piękniej – zatoka, plaże upstrzone charakterystycznymi dla okolicy niebieskimi kamieniami. Zostawiam sobie jednak to wszystko na deser. Daniem głównym będzie dla mnie oddalony około dwie godziny drogi wgłąb wyspy wulkan Kelimutu. Nie przesadzę, jeśli napiszę, że to głównie dla niego przyjechałem do Indonezji.

DSC03974

W Ende nie mam żadnego problemu ze znalezieniem busa do Moni, czyli bezpośredniej bazy wypadowej do parku narodowego. Spotkać tu można tylko dwie kategorie białych. Pierwsza to ci, którzy zaraz jadą na Kelimutu, a druga to właśnie stamtąd wracający. Wystarczy, że zostaniesz odpowiednio zaklasyfikowany i miejscowi wiedzą już, co z Tobą dalej zrobić. Po fakcie dociera do mnie tylko, że gdybym kupił w Bajawie bezpośredni bilet do Moni, zapłaciłbym kilkadziesiąt tysięcy mniej niż z przesiadką w Ende. Brzmi groźnie, ale pamiętajmy, że mówimy o kiepsko stojących rupiach indonezyjskich, więc nie rozpamiętuję tej straty.

Droga w góry wygląda nieźle, gdzieniegdzie jest nawet świeżo wyremontowana, więc podróż przebiega dość sprawnie. Pewien niepokój budzą kilkutonowe głazy na poboczu. Nikt ich tu nie przywiózł – one po prostu się tu przyturlały z góry. Jest jednak sucho, osuwisk czy innych lawin kamienno-błotnych się dziś nie spodziewam.

Z każdym kilometrem w busie przybywa worków ryżu, warzyw i jajek. W głośnikach dudni indonezyjskie reggae – to ciekawe muzyczne doświadczenie. W pewnym momencie współpasażerowie i pomocnik kierowcy zaczynają naciskać, abym podał nazwę guesthouse’u, w którym zamierzam się zatrzymać. Nie zastanawiałem się nad tym, więc wybór jest dokonywany za mnie. W Indonezji albo wyrzucają Cię przy trasie pośrodku niczego jak w Bajawie, albo podstawiają pod same drzwi – nie ma nic pomiędzy. Wybór dokonany za mnie w pełni mnie satysfakcjonuje. Nie jest najtaniej, ale wyjątkowo jak na ten kraj czysto i jest ciepła woda. Jestem w górach, noc zapewne będzie chłodna, więc perspektywa trzeciego w ciągu pół roku ciepłego prysznica jest niezwykle kusząca i jestem w stanie ponieść stosowne koszty.

Z właścicielką hoteliku miło mi się gada. Jestem z siebie dumny, bo prawie nie uciekając się do angielskiego udaje mi się ustalić, że następnego dnia przed świtem jej syn zabierze mnie na motorze pod sam wulkan. Próby dogadania się po indonezyjsku sprawiają mi wiele frajdy, chociaż zazwyczaj nie jest tak łatwo jak tutaj. W miejscach popularnych wśród turystów wszelcy naganiacze, hotelarze, kelnerzy i inni natychmiast przechodzą na angielski. Nie chce im się wsłuchiwać w moje dukanie i domyślać, o co mi chodzi. Są w robocie – chcą załatwić szybko, co jest ze mną do załatwienia i zająć się czymś innym. Nie interesuje ich moje szpanowanie indonezyjskim na poziomie „naciągane A1”. Na drugim biegunie są tacy, którzy po usłyszeniu z moich ust Selamat pagi! (Dzień dobry!) uznają, że można ze mną rozmawiać jak ze swoim, wystrzeliwując w moją stronę serie zdań wielokrotnie złożonych z prędkością rapera z Bronksu. Christin z Moni, chociaż po angielsku trochę mówi, cierpliwie wysłuchuje moich koślawych indonezyjskich zdań, odpowiada najprościej, jak się da i tym samym wspólnie osiągamy cel komunikacyjny. Byłaby dobrą nauczycielką.

Rano, a w zasadzie jeszcze w nocy, mam ostateczne potwierdzenie, że się dogadaliśmy. Do moich drzwi puka jej syn i pyta, czy jestem gotowy. Jestem pod wrażeniem swoich zdolności językowych, ale nie tylko ich. Może raz, góra dwa, stanął na mojej drodze punktualny Indonezyjczyk, ale po raz pierwszy widzę osobnika, który przyszedł gdzieś przed czasem i to całe 10 minut. Cóż, w tej sytuacji nie dopijam porannej herbaty i szybko zbieram się do wyjścia.

Spotkałem się w internecie z relacjami osób, które Kelimutu zawiódł. Przejechały pół świata, aby na szczycie zamiast trzech kolorowych jezior zobaczyć… mlecznobiałą mgłę. Bałem się tego, bo to miejsce to naprawdę jedno z moich największych podróżniczych marzeń. Mam jednak szczęście – niebo jest gwiaździste, nie ma ani jednej chmury, wschód zapowiada się idealnie. Wschody słońca bywają przereklamowane (jak moim zdaniem ten nad Bromo), ale w przypadku Kelimutu wstawanie o 4:00 nad ranem ma rzeczywiście sens. O świcie powietrze jest przejrzyste i widoki najlepsze. Kilka godzin później szczyt tonie zazwyczaj w chmurach.

DSC03991DSC04003

O wspinaczce do celu nie ma co pisać. Na motorze podjeżdża się najwyżej jak się da, a później czeka nas już tylko mało wymagający, półgodzinny spacer. Zadyszka pojawia się tylko pod koniec i nie wynika z wysokości (raptem ok. 1600 m) ani ze zmęczenia, ale z powodu gryzących wulkanicznych wyziewów. Nie ma się jednak co ich czepiać, bo to tym gazom zawdzięczamy niezwykłe zjawisko, które przyciąga tu ludzi z całego świata.

Jeziora na szczycie Kelimutu poza tym, że są trzy i poza tym, że tworzą malowniczą scenerię, mają niezwykłą właściwość. Zmieniają one kolory w związku z aktywnością wulkanu i reakcjami chemicznymi gazów z wnętrza ziemi z wodą. Zmiany są nieprzewidywalne i mogą nastąpić nawet z dnia na dzień. Woda bywa biała, błękitna, granatowa, zielona, czerwona, brązowa, czarna. Kombinacji jest wiele, dlatego udając się na szczyt nigdy nie wiadomo na pewno, jaki widok ukaże się naszym oczom w pierwszych promieniach słońca. W punkcie widokowym roi się od drobnych sprzedawców oferujących zmarzniętym turystom kawę, herbatę i standardowe pamiątki. To ludzie, którzy są tam codziennie i powinno się to im już dawno znudzić. Kiedy już jednak sprzedali, co mieli do sprzedania, także oni usiedli zapatrzeni w ten cud natury. Nie dziwię się, mnie też chyba prędko by się to nie znudziło.

DSC04009

Miejscowe pierwotne wierzenia mówią, że w jeziorach pływają dusze. Dobrzy ludzie trafiają do Tiwu Ata Mbupu (Jeziora Dusz Przodków), źli do Tiwu Ata Polo (Jezioro Złych Duchów), reszta idzie do największego Tiwu Nuwa Muri Koo Fai (Jeziora Młodych Chłopców i Dziewcząt). Dziś najbardziej odpowiadałoby mi to dla złoczyńców ze względu na rewelacyjny kolor gorzkiej czekolady, której tak mi brakuje w Indonezji, ale nie jestem tutejszy, więc nie wiem, czy moja dusza kwalifikowałaby się do któregokolwiek. Jeśli polityka imigracyjna ichniejszego św. Piotra jest tak zawiła jak państwa indonezyjskiego, to obawiam się, że mogłoby się skończyć na wiecznej tułaczce od jeziora do jeziora w poszukiwaniu wszystkich niezbędnych pieczątek i zbieraniu kserokopii zaświadczeń o dobrych i złych uczynkach. Dla pewności, chodząc po krawędzi krateru, patrzę pod nogi. Mimo niewątpliwej urody tego miejsca nie chciałbym spędzić wieczności w pozagrobowym odpowiedniku Kantor Imigrasi (zmory obcokrajowców mieszkających w Indonezji). Wolę cały i zdrowy opuścić to miejsce, ale na pewno kiedyś na Kelimutu wrócę.

DSC03988

Tu trafiają grzeczne dzieci…

DSC04016

… tu niegrzeczne…

DSC04006

… a tu cała reszta.

Facebookby feather


  • tomasz

    Wylądować po śmierci w jeziorze pełnym chemii – myślę, że mógłbym to polubić!

    • Zapach jest taki sobie, ale nie wiem, czy dusza ma nos, więc być może to nie problem 😄

  • bajeczne widoki

    • Cała Flores jest bajeczna, a to miejsce w szczególności.

  • Wygląda to wszystko po prostu niesamowicie!!

  • Szał :). A ja się tak ekscytowałem Baturem ;).

    • Niejeden powód do ekscytacji jeszcze nas w Indonezji zaskoczy 😄

  • Ludzie, co za niezwykłe miejsce. Zapiera dech w piersiach. Nie wyobrażam sobie co czuje człowiek, kiedy widzi to na żywo.

    • Taki człowiek czuje lekki zapach zepsutych jaj ze względu na ciągłe ulatnianie się tam gazów wulkanicznych 😉

      A tak poważnie, to poza jajkami zachwyt się czuje.

      • Zapach przykra sprawa, ale widoki to rekompensują.

  • Woow! Świetny tekst i fotki. Cholera, aż chce się tam być. Pozdro! 🙂

    • Pamiętaj, że chcieć to móc. Pozdrawiam!

Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox