logo

Coś o kobietach…

Z okazji 8. marca postanowiłem napisać coś o indonezyjskich kobietach. W dalekim kraju człowiek zmaga się codziennie z różnicami kulturowymi, co nie jest proste. Ja należę do tych łatwo się adaptujących, ale tutejsze stosunki damsko-męskie są dla mnie ciągle dużym wyzwaniem.

Wychowany jestem w duchu równouprawnienia. W moim domu nigdy nie było tradycyjnego podziału ról. Otaczały mnie od zawsze kobiety o silnych osobowościach zarówno w rodzinie jak i wśród znajomych i z takimi kobietami dobrze się dogaduję. Wręcz denerwują mnie zbyt delikatne kobiece mimozy – po prostu nie umiem z nimi postępować. Kultura azjatycka, w Indonezji dodatkowo wzmocniona przez tradycję islamską, niestety takie wzorce promuje i nie ukrywam, że jest mi z tym ciężko.

Wielokrotnie jestem tu pytany, czy nie chciałbym indonezyjskiej żony. Z grzeczności odpowiadam, że rozważam, ale tak naprawdę nie rozważam. Z taką uległą, nieśmiałą (lub nauczoną nieśmiałości), cichą, spokojną i we wszystkim się ze mną zgadzającą kobietą po prostu bym oszalał. Wiem, że są zachodni mężczyźni, którzy specjalnie po takie żony tutaj przyjeżdżają, ale to zdecydowanie nie dla mnie.

DSC01890

W świecie, w którym tak naprawdę istnieją dwa równoległe światy – męski i żeński, w którym kontakty pomiędzy nimi są dość ograniczone licznymi obwarowaniami, nie czuję się dobrze. Z drugiej strony jednak kilkumiesięczne mieszkanie w takim środowisku uświadomiło mi, że nie wszystko jest takie zerojedynkowe, jakby się mogło na pierwszy rzut oka wydawać.

Myśląc o islamie popadamy często w przesadę. Widzimy zniewolone kobiety – służące swoich mężów, dodatkowo zmuszane do chodzenia w niepraktycznych strojach zaprojektowanych przez chorobliwie zazdrosnych mężczyzn, którzy nie mogą znieść, że ktoś obcy spojrzałby na ich własność. Pewnie w wielu miejscach tak jest, ale niekoniecznie w Indonezji.

Mężczyźni mają swoje sprawy, kobiety swoje i drugiej stronie wara od nich. To układ wygodny dla jednych i drugich. Zadanie utrzymania rodziny spoczywa w całości na facecie – żona pracuje, jeśli ma na to ochotę. Oczywiście sytuacja ekonomiczna zmusza często Indonezyjki do podjęcia pracy, ale wtedy w oczach społeczności to on nie sprostał zadaniu i to on ma powód do frustracji.

DSC01056

W moim tutejszym domu Panią jest kobieta. Na zewnątrz typowa muzułmanka – matka czwórki dzieci, nauczycielka (pracuje, bo chce; jej męża stać na utrzymanie całej rodziny), nie wtrąca się w interesy męża, stoi z boku. Dom jest duży – to coś jak internat dla uczniów i studentów, uczących się tu angielskiego. Kieruje nim ona. Rządzi twardą ręką. Ustawia wszystkich, opieprza, kogo trzeba. Najtwardsi domownicy chodzą przy niej na palcach. Ktoś, kto zna ją wyłącznie z sytuacji z zewnątrz, nie podejrzewa, jaką jest despotką 😃

To oczywiście wyjątkowa rodzina, bo zamożna, wykształcona, o wysokim statusie. Byłem jednak też w kilku innych i dochodzę do wniosku, że nie jest to model bardzo odosobniony. Nasuwa mi się taka analogia do polskiego ustroju. Facet to taki prezydent, niby głowa, ale od „pilnowania żyrandola” i spraw zewnętrznych. Kobieta to premier – niby niżej w hierarchii, ale sprawy wewnętrzne należą do niej. Trochę nadal mnie mierzi, że te role są raz na zawsze przypisane i niezmienne, ale może jednak te Azjatki nie są wcale takimi mimozami, na jakie wyglądają 😉

W domu to w domu – na całym świecie istnieją związki „równouprawnione” lub takie, gdzie jedna strona dominuje. Myślę, że to kwestia osobowości partnerów. Sfera publiczna to jednak trochę co innego. Tutaj króluje jedyny słuszny model. W Indonezji kobieta ma być cicha, posłuszna, skromna.

Obserwuję to w szkole. Nie lubię uczyć w klasach żeńskich, bo nie mam tam partnerek do rozmowy. Uczę angielskiego, prowadzę konwersacje i swobodna komunikacja to na takich zajęciach podstawa. Mam trochę zdolnych uczennic, których poziom jest relatywnie niezły i które mogły by „pociągnąć w górę” słabsze koleżanki, ale to nie takie proste. Za każdym razem, kiedy proszę którąś o wypowiedź musimy najpierw odegrać standardowy rytuał – nie, wstydzę się, ja nie wiem i ogólnie przepraszam, że żyję.

Jestem stuprocentowym introwertykiem (chociaż po latach pracy nad sobą trochę uspołecznionym) i doskonale rozumiem, czym jest nieśmiałość. To przypadłość wielu młodych ludzi, ale nie wszystkich – część moich uczennic reprezentuje coś, co nazwałbym nieśmiałością wyuczoną. Miałem ostatnio zajęcia z przymiotników – dzieliliśmy ludzkie cechy charakteru na pozytywne, negatywne i dyskusyjne. Grupa męska zaklasyfikowała przym. shy (nieśmiały) jako raczej negatywny, dziewczyny natomiast jako jednoznacznie pozytywny. To daje do myślenia.

DSC02086

Kiedy jedna uczennica wygarnęła mi, że jestem despotą, bo nie pozwoliłem na lekcję wolną i oglądanie filmu, a zmuszam biedne robaczki do nauki, sprawa zahaczyła prawie o dyrektora. Sam nie zwróciłem na to uwagi. Po prostu wyraziła swoje niezadowolenie z obrotu sprawy. Nie nazwałbym tego nawet pyskowaniem, a byłem wręcz zadowolony, bo wydusiła z siebie ze 3 zdania po angielsku, które nawet trzymały się kupy 😃. Na swoje nieszczęście zrobiła to jednak przy innym nauczycielu. Pokój nauczycielski zawrzał, bo dziewczyna ośmieliła się oprotestować decyzję nauczyciela. W tej kulturze to nie do przyjęcia. Nie było jakichś poważnych konsekwencji, ale musiałem przyjąć publiczne przeprosiny, bo moje zapewnienia, że delikatny nastoletni bunt w żaden sposób mnie nie uraził, nie wystarczyły.

Mówiąc o kobietach w Indonezji nie sposób pominąć kwestii stroju. O ile wiele elementów muzułmańskiej kultury patriarchalnej budzi mój sprzeciw, to histeryczny stosunek Europejczyków do chust, hidżabów, dżilbabów i innych jest dla mnie całkowicie niezrozumiały. Dla Europejczyka to symbol zniewolenia kobiety, ale kiedy mówię o tym moim indonezyjskim koleżankom, to przecierają oczy (lub raczej uszy) ze zdumienia.

Indonezyjski jilbab to chusta zasłaniająca włosy, uszy i szyję, ale pozostawiająca odsłoniętą twarz. Jest powszechny, ale nieobowiązkowy. Dziewczynki zaczynają go nosić, kiedy idą do szkoły, gdzie zazwyczaj jest elementem mundurka, ale widziałem szkoły, w których chust nie ma. Nie noszą go chrześcijanki lub Indonezyjki pochodzenia chińskiego, ale także niektóre muzułmanki i to zarówno w miastach, jak i na wsiach (takich zabitych dechami również).

Pierwotna motywacja zakrywania ciała jest oczywiście religijna. Koran nakazuje kobiecie nosić się skromnie, nie świecić golizną i zachować swoje wdzięki dla męża. W praktyce jednak powodów jest więcej.

Dość powszechną cechą wśród południowców (mężczyzn) jest nachalność. Każda blondynka, która była na wakacjach we Włoszech lub Hiszpanii wie, o czym mówię. Wiele tutejszych dziewczyn w domu i w najbliższym sąsiedztwie chodzi po europejsku. „Na miasto” wychodzą jednak z zakrytymi głowami, w długich rękawach i szerokich spódnicach – dla świętego spokoju. Uczynienie się niewidzialną daje im komfort i poczucie bezpieczeństwa, a przy okazji doskonale wpisuje się w ogólnoazjatycką tendencję do niewychylania się.

DSC01124

Najgorsze, co może spotkać Indonezyjkę, to się opalić. Kult białej skóry jest tu bardzo silny, o czym już kiedyś pisałem (KLIK). Azjatkom kąpiel w morzu w pełnym ubraniu nie wydaje się niczym dziwnym. Nie chcą pokazywać ciała to raz, ale przede wszystkim chronią skórę przed słońcem. To nie tylko przypadłość muzułmanek, ale większości Azjatek. Nie rozumiałem tego do czasu pewnego popołudniowego snorkelingu w Kambodży 8 lat temu. Mimo zabezpieczenia skóry kremem z wysokim filtrem tak poparzyłem sobie plecy, że rany goiły mi się przez wiele tygodni. Chłodna woda i widoki na dnie całkowicie mnie znieczuliły i nie zorientowałem się, kiedy zjarałem sobie skórę do mięsa 😡 Od tego czasu pływam w T-shircie. Wracając do tematu, to za bikini nikt tutaj nie tęskni. Ludzie Północy słońca szukają, ludzie Południa przed nim uciekają. Europejczycy współczują muzułmankom, że biedne nie mogą się rozebrać na plaży, a muzułmanki, które wcale tego nie pragną, pukają się w czoło widząc Europejki, które z własnej woli oszpecają się, pozwalając brązowieć i wysuszać się swojej skórze. Ot, międzykulturowe nieporozumienie, w którym każda ze stron przez pryzmat własnych przekonań i pragnień ocenia postępowanie innych, którzy wcale tych przekonań i pragnień nie podzielają.

Kolejną kwestią jest estetyka. Chusty są tu po prostu modne. Zaobserwowałem to, ucząc w szkole pielęgniarskiej. Obowiązywał tam uniform, a jedynym elementem pozwalającym dziewczynom się wyróżnić byl jilbab – przeróżne wzory i kolory, rozmaite, fantazyjne sposoby jego upięcia oraz towarzyszące mu akcesoria typu broszki, szpilki i agrafki.

Moja prababcia, która pochodziła z porządnej mieszczańskiej rodziny, nie bała się pracy takiej jak na przykład zamiatanie przed swoją kamienicą. Na co dzień żyła jak wszyscy, ale w niedzielę była damą i podobno nie ruszała się z domu bez kapelusza. Podobnie bywa tutaj z jilbabami. W pewnych sytuacjach po prostu wypada go założyć. Codziennie piję kawę u mojej sąsiadki, która przed domem prowadzi sklepiko-kawiarnię. Klientów obsługuje w prostej podomce, bez chusty, czasem w czymś, co z zachodniej perspektywy jest po prostu piżamą. W takim stroju zdarza jej się wyskoczyć na chwilę coś załatwić. Kiedy jednak w grę wchodzą grubsze zakupy, wywiadówka córki albo inne ważniejsze wyjście, występuje odstrzelona w długą suknię i elegancki jilbab.

DSC01799

Noszenie bądź nienoszenie chusty jest sprawą indywidualną. Są kobiety, które noszą ją zawsze i są takie, które czasami lub nigdy. Ogólnie w moim środowisku nie ma o to takiej spiny, jak na przykład we francuskiej debacie o imigrantkach, gdzie zrobiono z tego problem wagi państwowej.

Zdaję sobie sprawę, że islam arabski i indonezyjski to trochę co innego, ale po moim pobycie tutaj utwierdziłem się w przekonaniu, że kiełkujące w niektórych europejskich głowach pomysły typu zakaz noszenia chust w miejscach publicznych, to niepotrzebne pompowanie sporów ideologicznych i tworzenie problemu tam,  gdzie go nie ma. Czy rzeczywiście typ preferowanego nakrycia głowy to najbardziej palący problem Europy? Dla niektórych kobiet zasłonięcie włosów jest po prostu z różnych względów ważne. Czy Europejkom każe się w Czarnej Afryce zdejmować biustonosze tylko dlatego, że chodzenie z gołym biustem jest tam uznawane za normę?

Facebookby feather


  • Haha! mocne baby wokół powiadasz 😉

    • Tak, dobrze się domyśliłaś, to było o Tobie 😉

  • Dorota Chojnowska

    mam podobne spostrzeżenia po krajach arabsich. Te kobiety na zewnatrz są niesmiałe, ale w domu prowadzą pelną dyktaturę. I też nie dałabym rady zyć w tamtych realiach, ale nie wiem, czy tamten system jest łatwiejszy. Są zasady, które zawsze mozna złamać, ale na starcie dają jakeś poczucie bezpieczeństwa a u nas wszystko trzeba sobie wywalczyc.

    • Mamy tendencję do szybkich ocen typu – biedne zniewolone muzułmanki, którym trzeba na siłę pomóc. A to wszystko nie takie proste. Czytałem pewną książkę o Afganistanie, kraju w którym kobiety mają naprawdę przechlapane. Jednak kiedy opowiada im się o sytuacji kobiet w Europie, to okazuje się, że wcale o takiej rzeczywistości nie marzą. Pewnie, że chciałyby żyć w kraju bez wojny, mieć lepszą sytuację ekonomiczną i mieć większy wpływ na wybór męża, ale z wielu elementów tamtej kultury, które dla nas są nie do przyjęcia, nie wyobrażają sobie zrezygnować.

  • Catherine Sophie

    Świetny tekst!!!

    • Dziękuję bardzo!

Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox