logo

Moje Phnom Penh

Z podróżowaniem jest tak, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Ciągle chce się więcej, do listy marzeń dopisuje się wciąż nowe pozycje – świat jest wielki, a czasu na jego poznanie tak mało. Często o różnych miejscach mówi się „muszę tam wrócić”, ale w zasadzie wiadomo, że to tylko taka formułka. Za chwilę w kalejdoskopie podróżniczych uniesień pojawia się następny obraz, który przesłania poprzedni i tak w nieskończoność. A gdybyś wiedział/-a, że wrócić możesz tylko w jedno jedyne miejsce, to gdzie by to było? U mnie odpowiedź jest prosta – Phnom Penh.

Jest lipiec 2008.

Po trzydniowej podróży z przygodami (przełożony lot, zgubiony bagaż, przegapiony kolejny lot, nocleg na ławce w parku – sporo jak na pierwszy w życiu lot samolotem) ląduję w Phnom Penh. Lecę z Singapuru, przesiadkę miałem na Heathrow, więc trudno sobie wyobrazić większy kontrast. Prosto z wyłożonego mięciutką wykładziną ultranowoczesnego Chiangi trafiam na zakurzony pas startowy prowincjonalnego Pochentong. To właśnie w tym momencie dociera do mnie, co zrobiłem i jest to jak uderzenie młotem w głowę. Rzuciłem wszystko, co znałem, aby w tym surrealistycznie jawiącym się moim oczom miejscu przez najbliższe 5 miesięcy uczyć Khmerów polskiego. Z lotniska zabiera mnie biały Lexus z różowym futerkiem wokół lusterka wstecznego i atakującym zewsząd Hello Kitty. Prosto z Lexusa trafiam do pokoju, ze swoimi rzeźbionymi w drewnie masywnymi meblami i ciężkimi kotarami, wyglądającego jak skrzyżowanie zakrystii z gabinetem bosa mafii. Wita mnie pastor, wysoki rangą urzędnik, ojciec rodziny, szef goszczącej mnie firmy – wszystko w jednej osobie. To dopiero początek – przede mną jeszcze za chwilę zwiedzanie mojego czterokondygnacyjnego apartamentu, który przez najbliższe miesiące będę nazywał domem. Najprościej byłoby przyjąć, że mam zwidy lub/i zwariowałem, ale to samo widzi moja przyjaciółka Marta, którą do tego snu zaciągnąłem. Odsypiamy w końcu jednak długą podróż i okazuje się, że to nie halucynacje ze zmęczenia, ale rzeczywiście znaleźliśmy się w świecie, o którego istnieniu nie mieliśmy pojęcia.

Mój przedpokój

Mój przedpokój

Moje pierwsze razy w Phnom Penh

Zaczyna się „zwykłe” życie. Chodzimy do pracy (uczymy języka polskiego pracowników, którzy mają wyjechać do pracy w Polsce), robimy zakupy, poznajemy miasto, ludzi. Wszystko jest jednak nowe, co wiąże się z wieloma pierwszymi razami.

Pierwszy raz zjadam z sukcesem posiłek przy użyciu pałeczek (próba bez sukcesu, wzbudzająca salwy śmiechu obsługi lokalu nastąpiła podczas przesiadki w Singapurze). Do dziś pamiętam kolację, na którą zaprosił nas nasz khmerski szef i instrukcje, które nam dawał. Do dziś uwielbiam jeść pałeczkami i mam do tego chyba nie do końca zdrowy 😄 emocjonalny stosunek. Czasami w domu, ot tak dla przywołania wspomnień, jem sobie pałeczkami zupełnie nieazjatyckie potrawy.

Pierwszy raz piję wodę ze świeżego kokosa. Dodatkowo jest on „oporządzany” przy mnie przez sprzedawcę z mojej ulicy. Nie tylko kokosy u niego kupuję. To w ogóle fantastyczna rzecz – posiadanie zaprzyjaźnionego sklepu na drugim końcu świata. Z właścicielem nie mamy wspólnego języka, ale już z jego dziećmi, które wykształcił i mówią po angielsku już tak. Moi tutejsi szefowie to bogacze i lokalna śmietanka, ale to między innymi dzięki rodzinie sklepikarza i codziennym z nimi interakcjom dowiaduję się jak wygląda prawdziwe życie w Phnom Penh.

Pierwszy raz się targuję. Nie jestem w tym dobry, ale zwłaszcza w zakresie negocjacji z tuktukowcami i mototaksówkarzami mam pewne sukcesy. W Phnom Penh uczę się, na rynku, w sklepie, na ulicy, że zakupy to akt społeczny.

Pierwszy raz (i jak dotąd jedyny) odłączają mi prąd z powodu niezapłaconego rachunku. Przepraszam, dostawco energii w Phnom Penh, że nie domyśliłem, że jakiś wymiętolony papierek zatknięty na słupie przed domem to moja faktura. 😄

Pierwszy raz wyganiam mysz z domu, widzę szczura w restauracji lub rodzinę szczurzą na podwórku mojego miejsca pracy. Pierwszy raz znajduję też w domu mysie zwłoki zostawione przez kota. Marta ma fobię – panicznie boi się gryzoni. Przygarnięcie dwóch kotów, które zajmą się tematem w naszym apartamencie (przypomnę: czterokondygnacyjnym) jest koniecznością – w Phnom Penh nie da się inaczej. Jako zdeklarowany psiarz nawiązuję tu swoją pierwszą bliską relację z kotami. Nadal pozostaję psiarzem, ale wiem już, jak jest po tej drugiej stronie mocy. 😄

Jak już jesteśmy przy zwierzętach, to pierwszy raz stykam się z gekonami biegającymi po ścianach i uczę się, że one akurat są bardzo pożądane. Pierwszy raz dzielę też życie z mrówkami i karaluchami i zaskakująco szybko się do nich przyzwyczajam jako do pełnoprawnych współlokatorów. Mieszkanie może i jest luksusowe, ale tropiki to tropiki i pewnych rzeczy się nie przeskoczy.

Pierwszy raz jem żaby. Po dziesięciu latach trochę się zmieniło w mojej diecie – w znacznym stopniu ograniczyłem w niej mięso. Niestety. Cokolwiek się nie wydarzy, stuprocentowym wegetarianinem nie zostanę. Jeśli wrócę kiedyś do Phnom Penh, to jedną z podstawowych motywacji będzie powrót do żabich udek z trawą cytrynową i grilowanych, faszerowanych żab na patyku.

Pierwszy raz jem duriana – nie zachwyca mnie, ale też nie mam nic przeciwko. Pierwszy raz zachwycają mnie jednak ananasy. Jadłem je wcześniej, ale te kambodżańskie są najlepsze na świecie. Próbowałem ich też później w innych miejscach – były spoko, ale numer jeden na podium pozostaje bez zmian.

Pierwszy raz widzę biedę. Widziałem ją oczywiście w Polsce, ale to nie to samo. Ludzie w łachmanach niemający nic, całe osiedla zbudowane ze śmieci i blachy falistej nad śmierdzącą rzeką ścieków, żebrzące dzieci – tego się nie da „odzobaczyć”. Zwłaszcza w zestawieniu z najpopularniejszą marką samochodu na ulicach Phnom Penh czyli Lexusem daje obraz, na jakim świecie żyjemy. Mieszkanie w tym mieście przeorało moją świadomość, zmieniło światopogląd, otworzyło oczy, wzbogaciło o nowego rodzaju wrażliwość.

Pierwszy raz widzę ofiary wojny. To znaczy moje babcie przeżyły wojnę, jedna była ranna, ale urodziłem się na tyle długo po tych wydarzeniach, że nie widziałem ich bezpośrednich skutków. W Phnom Penh jest inaczej, a to za sprawą ofiar min, które są widoczne wszędzie. Khmerzy są też bardzo niscy, niżsi nawet od reszty Azjatów, a to między innymi dlatego że to społeczeństwo dobrze pamięta głód i niedożywienie. Wojna w Wietnamie, o której często nie wiemy, że nie toczyła się tylko w Wietnamie oraz ściśle z nią związany okres rządów Czerwonych Khmerów nie pojawiają się często w osobistych rozmowach, ewentualnie w formie jakichś strzępków informacji. Nie wiadomo, kto co wtedy robił, po której był stronie. Temat wisi jednak wciąż w powietrzu.

Pierwszy raz spotykam się z rasizmem i widzę, jak to zjawisko działa. Nie chodzi o to, że ktoś nie lubi (lub lubi) białego, czarnego lub żółtego. To cały system, w którym sam fakt przynależności do jakiejś grupy determinuje to, gdzie jesteś, co Ci wolno, a czego nie, jaka czeka Cię przyszłość. Idziemy ze znajomymi na dyskotekę. Ja i Marta możemy wejść, Khmerzy nie, bo mają nieodpowiednie obuwie. Selekcja ze względu na strój w klubach nie jest niczym nadzwyczajnym, ale ciekawe jest to, że wszyscy mamy w gruncie rzeczy bardzo podobne klapki. To nie klapki są prawdziwym problemem…

Pierwszy raz jestem na weselu zagranicą. Na uroczystościach typu chrzciny (lub ich odpowiedniki, jak na przykład TUTAJ), wesela, pogrzeby jak w soczewce skupia się kultura kraju. Polecam takie doświadczenie każdemu.

Pierwszy raz obchodzę zagranicą swoje urodziny. Tort od moich uczniów i Sto lat! rozbrzmiewające z khmerskich gardeł rozczulają mnie. A już napis na torcie, udowadniający, że przyswoili wiedzę o utracie dźwięczności przez spółgłoskę w wygłosie, rozczula mnie podwójnie. 😄

Pierwszy raz widzę na żywo buddyjskich mnichów. Uwielbiam ich. Nie mogę oderwać oczu od ich pomarańczowych strojów. Spotykam ich chodząc na zakupy, kiedy jem obiad w przydrożnej jadłodajni widzę ich przemykających ulicą. Tworzą klimat miasta.

Jest grudzień 2008.

Samolot startuje, miasto w dole robi się coraz mniejsze, a ja mam gulę w gardle.

W tak zwanym międzyczasie odbyły się Igrzyska Olimpijskie w Pekinie, które ostatecznie potwierdziły światu, gdzie obecnie centrum tego świata się znajduje. Barack Obama został pierwszym czarnoskórym prezydentem Stanów Zjednoczonych. Ostatni polski dyplomata zgasił światło w zamykanej Ambasadzie RP w Phnom Penh. Przyszedł światowy kryzys. Kurs złotego spadł na łeb na szyję.

Przedsięwzięcie, w którym brałem udział zakończyło się fiaskiem. Kambodżańscy partnerzy okazali się niewiarygodni, polscy pracodawcy czując nadchodzące niepewne czasy wycofali się z chęci zatrudniania Azjatów, moi khmerscy uczniowie nigdy nie przyjechali do Polski – z biznesowego punktu widzenia katastrofa. Jest tylko dwoje beneficjentów – nauczyciele polskiego w mieście, gdzie chyba nikt wcześniej ani później nie uczył polskiego, którzy przeżyli przygodę życia.

W tak zwanym międzyczasie widziałem legendarny Angkor i kambodżańską wieś, pałac królewski w Bangkoku, Zatokę Ha Long, klimatyczne Hoi An i Luangprabang, jadłem sajgonki w Sajgonie i zupę pho w Hanoi, odwiedziłem chyba najspokojniejszą stolicę Azji Vientiane, odpoczywałem na kilku rajskich plażach itd., itd.

Wszystko, co najważniejsze, stało się jednak w moim Phnom Penh.


O swoim doświadczeniu pisała też Marta TUTAJ i TUTAJ.

Ja też pisałem:

I nie tylko…

Facebookby feather


Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox