logo

Po co się jedzie do Gwatemali?

Od dawna interesuję się Ameryką Łacińską. Już w liceum zacząłem uczyć się hiszpańskiego, czytałem trochę literatury iberoamerykańskiej i reportaży z tamtego regionu świata. Azjatyckie wojaże zwróciły moją uwagę na prawą stronę mapy, ale to nie znaczy, że zapomniałem o lewej i kiedy tylko pojawiła się okazja, wsiadłem w samolot i poleciałem do Gwatemali. Był to wybór świadomy, wiedziałem dokładnie, co chcę tam zobaczyć, ale u wielu znajomych i nieznajomych pojawiło się pytanie: Po co się jedzie do Gwatemali? Dziś śpieszę z odpowiedzią.

Zacznijmy od początku. Gwatemala wbrew dość powszechnym opiniom nie leży w Ameryce Południowej, a Środkowej. Graniczy między innymi z Meksykiem. Kilka razy zapytano mnie, dlaczego na swoją pierwszą amerykańską podróż nie wybrałem Meksyku – słońce, plaża, tequila, sombrera i piramidy Majów. Nie mówię, że Meksyk mnie nie interesuje, ale dla mnie Gwatemala jest lepszym wyborem, zwłaszcza w przypadku krótkiego urlopu. Dlaczego?

Małe, a cieszy

Powierzchnia Gwatemali to trochę powyżej 100 tys. km² (ok. 1/3 Polski). Dla porównania Meksyk to prawie 2 mln km², czyli jest niemal 20 razy większy. Siłą rzeczy nie da się go ogarnąć podczas dwutygodniowego urlopu, a w przypadku Gwatemali taka operacja nie jest nie do przeprowadzenia. Odległości są mniejsze, nie trzeba uciekać się do lotów wewnętrznych, które potrafią pochłonąć sporo pieniędzy, zatem można skupić się na samym odwiedzaniu interesujących nas miejsc, a nie na jazdach autobusami. Autobusy lokalne są ok, ale niekoniecznie w przypadku ograniczonego czasu.

Do Gwatemali łacińskiej…

Do Ameryki Łacińskiej jeździ się po to, aby liznąć kultury łacińskiej. Gwatemala świetnie się do tego nadaje. Dawna stolica Antigua była swego czasu perełką hiszpańskiego imperium. Jeśli szukasz charakterystycznego amerykańskiego baroku z czasów konkwistadorów, to tu go znajdziesz w niebanalnej odsłonie. Niebanalność polega na tym, że miasto zostało zniszczone w 1773 roku przez trzęsienie ziemi i w zasadzie nigdy nie powróciło do swojej świetności. Władze kolonialne postanowiły go nie odbudowywać, a stworzyć stolicę od podstaw w innym miejscu. Paradoksalnie to chyba ocaliło część barokowej architektury i kolonialny charakter miasteczka. Trochę na uboczu nigdy się nie rozrosło do latynoskiego molocha ze smogiem, gangami i dzielnicami slumsów, co spotkało wiele innych miast tego regionu świata. W zasadzie w całości można je obejść, podziwiając albo ostatecznie odbudowane jednak po latach zabytki, albo nieodbudowane, ale pozostawione w stanie „kontrolowanej ruiny”, co ma swój niewątpliwy urok. Mnie zawsze od zamków bardziej interesowały ruiny zamków, a od świątyń ruiny świątyń, więc Antigua Guatemala mimo sporej liczby turystów bardzo mi przypadła do gustu. Ameryka Łacińska ma też niezbyt dobrą sławę, jeśli chodzi o bezpieczeństwo, więc niewielka, malownicza mieścina, nieprzytłaczająca swoim ogromem, z dobrą infrastrukturą turystyczną jest świetna na tak zwany pierwszy ogień.

Jeśli jesteśmy już przy łacińskości Gwatemali, to wspomnę o języku. Gwatemalska odmiana hiszpańskiego jest prosta i przyjemna dla ucha. Mówię po hiszpańsku dość swobodnie, ale jednak nieperfekcyjnie i ani razu nie miałem problemu z porozumieniem się, co zdarzało mi się na przykład w sepleniącej na potęgę i bardzo zróżnicowanej dialektalnie Hiszpanii. 😄 Do Gwatemali do szkół hiszpańskiego ściąga masa gringos – nie próbowałem, ale dla kogoś, kto ma trochę więcej czasu, jest to na pewno opcja do rozważenia. Wprawdzie z drugiej i trzeciej ręki, ale słyszałem same pozytywne opinie.

… i do Gwatemali majańskiej

Indianie, native Americans czy gente indigena (jak zwał, tak zwał) są wszędzie w obu Amerykach. Zazwyczaj jednak ich nie widać – mieszkają albo w rezerwatach, albo w trudno dostępnych, odległych rejonach, albo stanowią na tyle niewielki procent populacji, że są niedostrzegalni. Do Gwatemali warto pojechać, aby przekonać się, że Ameryka nie jest po prostu wariacją na temat cywilizacji europejskiej, ale odrębnym kontynentem z własną kulturą. Pod presją kolonizatorów rzeczywiście kultura ta przechodziła i przechodzi wiele ciężkich chwil, ale zachowała mimo wszystko swą ciągłość i odrębność.

Majowie nie wyginęli! To jest odkrycie każdego turysty w tym kraju. Jedzie się tam zwiedzić między innymi ruiny wielkiego majańskiego miasta Tikal, ale okazuje się, że Majowie wciąż tu są. Ich tradycyjne stroje najbardziej rzucają się w oczy w miasteczkach wokół jeziora Atitlan, ale tak naprawdę są oni wszędzie. Słychać na targach jak rozmawiają we własnych językach, brzmiących absolutnie niezwykle. W kościołach tradycje katolickie mieszają się z prekolumbijskimi. Obserwowanie tego wszystkiego – żywego i niesprowadzonego do poziomu cepeliady – jest fascynujące. Od mojego pierwszego wyjazdu poza Europę uwielbiam śledzić wszystko, co wykracza poza naszą europocentryczną wizję świata. Do Gwatemali można przyjechać między innymi po to, aby przekonać się, że nasza wizja 1492 roku, kiedy Kolumb „odkrył” Amerykę, jest mocno jednostronna. Po pierwsze przed COŚ było, a po drugie, co często bardziej zaskakujące, to COŚ trwało i nadal trwa, choć oczywiście musi dzielić swoją przestrzeń z czymś nowym.

Wulkany, dżungla i dzikie indyki

Są osoby, które wolą na wakacjach zabytki i kontakt z odmienną kulturą oraz takie, dla których ważniejsze są atrakcje przyrodnicze. Do Gwatemali powinny wybrać się obie grupy oraz trzecia (równie duża lub liczniejsza), niebędąca w stanie się zdecydować, do której z dwóch powyższych bardziej pasuje. Gwatemala poza swoim bogactwem kulturowym jest po prostu piękna przyrodniczo.

Zwiedzając Tikal chodzi się po prawdziwej dżungli. Bezpośrednie sąsiedztwo piramid to wystrzyżona trawa, ale tuż obok ścieżek zaczyna się prawdziwy las – taki z papugami, tukanami i…  dzikimi indykami.

Jednak dominującym elementem krajobrazu Gwatemali są wulkany. Można je podziwiać z daleka i z bliska. Oferta trekkingów dla mniej i bardziej wymagających jest duża. Można zdecydować się na Pacayę -technicznie prostą i pełną turystów, ale gwarantującą, że poczuje się ciepło lawy płynącej u stóp. Można też wspiąć się na Acatenango (prawie 4000 m n. p. m.) i pod gwiaźdzstym niebem obserwować regularne eksplozje sąsiedniego krateru Fuego – wrażenia są niezapomniane. W Gwatemali byłem jeszcze przed Indonezją, więc był to pierwszy mój pobyt w rejonie tak aktywnym sejsmicznie. Wcześniej nie przypuszczałem, że ziejąca ogniem i toksycznymi gazami dziura w ziemi może być interesująca, ale cieszę się, że Gwatemala otworzyła mi oczy na tę kategorię atrakcji turystycznych. 😃 Teraz jestem już mądrzejszy i wiem, że aktywność sejsmiczna równa się piękne krajobrazy, niesamowite jeziora i przebogaty repertuar innych cudów natury w okolicy. Gwatemalskie wakacje zupełnie przypadkiem przemodelowały moją listę marzeń do spełnienia w przyszłości (zajrzyj na  przykład TU  lub  TU).

Po co jeszcze można pojechać do Gwatemali?

Po różne rzeczy. Można na przykład w jednym kraju zaliczyć dwa wybrzeża – Pacyfiku i Morza Karaibskiego, czego ja nie zrobiłem, ponieważ za bardzo wciągnął mnie interior. Można podejrzeć proces powstawania gwatemalskiej kawy w Coban, co mnie się nie udało, ponieważ pan przewodnik tego dnia akurat nie przyszedł do pracy. 😃 To akurat było dość zabawne i chyba zrobię o tym oddzielny wpis. Można spotkać unikalną społeczność Garifuna, co nie udało mi się, ponieważ wybrałem drogę do Coban i zwiedzanie plantacji kawy. 😃

Często porównuję sobie w głowie miejsca, które odwiedzam i szukam analogii. Gwatemala skojarzyła mi się z Kambodżą. Obie pozostają trochę w cieniu większych i popularniejszych sąsiadów (odpowiednio Meksyku i Tajlandii) i często traktowane są jako opcja na „wycieczkę fakultatywną przy okazji”. Nie ujmując niczego sąsiadom, zasługują one jednak na więcej niż trzydniowy rajd po największych atrakcjach przy okazji.

CDN.

Facebookby feather


Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox