logo

Tikal – miasto w dżungli

Na początku jest jakieś konkretne miejsce, które działa mi na wyobraźnię. Chcę je odwiedzić, bo widziałem jakieś zdjęcie, kojarzy mi się z jakimś filmem, czytałem jakąś książkę. To takie nasionko, które zaczyna kiełkować. Roślinka rośnie, rozmnaża się, są nowe sadzonki – oglądam nowe zdjęcia, filmy, czytam książki na ten temat. Przy okazji dowiaduję się, że wokół tego miejsca jest cała masa innych ciekawych i tak rodzi się pomysł na podróż. W przypadku Gwatemali nasionkiem było Tikal.

Kręcą Cię cywilizacje prekolumbijskie – jedź do Tikal!

W bardzo wczesnej młodości dostałem od kogoś album Cuda Świata. Uważajcie, co kupujecie dzieciom, bo ich wyobraźnia łatwo się rozpala. Jeśli nie chcecie, aby skończyły jako wałęsający się po niebezpiecznych krajach wariaci, nie dawajcie im książek ze zdjęciami tajemniczych ruin w dżungli, wybuchających wulkanów, zapomnianych miast na pustyni i tym podobnych. To taka rada przy okazji dla rodziców, cioć i wujków, którzy dylematy prezentowe mają przed sobą lub odpowiedź dla tych (na przykład moich), którzy mają to za sobą, ale wciąż zadają sobie pytania, gdzie popełnili błąd. 😄 Właśnie w tym albumie było zdjęcie Tikal – moje gwatemalskie nasionko, dzięki któremu dowiedziałem się, że Gwatemala istnieje i jest sercem cywilizacji Majów.

Nie wiem, dlaczego tak wyszło, może przez przypadek, ale z Majami nie kojarzą mi się w pierwszej kolejności piramidy w Meksyku, a głównie świątynia Jaguara w Tikal.

W cywilizacjach sprzed Kolumba fascynuje mnie ich „osobność”. Mam na myśli to, że rozwijały się całkowicie niezależnie od reszty świata. Takie na przykład Indie lub Chiny też oczywiście były niezależne od Europy, ale jednak jakiś ograniczony przepływ myśli i towarów między nami funkcjonował – chociażby za sprawą Jedwabnego Szlaku. O Majach, Aztekach i Inkach nie wiedzieliśmy nic, a i oni nie mieli pojęcia o naszym istnieniu. To mnie fascynuje i możliwość zobaczenia Tikal, gdzie rozwijała się kultura z jednej strony nieznająca koła i metalowych narzędzi, a z drugiej budująca wielkie miasta, posługująca się zaawansowaną matematyką i astronomią wywołuje u mnie dreszcz podniecenia. Tikal to jeden z najważniejszych ośrodków tej cywilizacji. Trudno powiedzieć, że stolica, bo Majowie nie stworzyli scentralizowanego państwa – raczej sieć rywalizujących ze sobą państw-miast.

Piramidy Majów same w sobie są oczywiście ciekawe jako budowle – owiane pewną tajemnicą, otoczone dżunglą, po prostu ładne. Dla mnie numerem jeden w tej kategorii na zawsze pozostanie jednak Angkor w Kambodży. W Angkorze atmosfera była nieporównywalna (może dlatego że byłem tam 10 lat temu, kiedy jeszcze stosunkowo niewielu Polaków w porównaniu z dniem dzisiejszym tam trafiało). Moja wizyta w Tikal miała jednak pewną przewagę.

Tą przewagą był przewodnik. Angkor zwiedzałem ze znajomymi Khmerami, co oczywiście miało swój urok, ale byli oni po prostu turystami jak ja bez szczegółowej wiedzy o historii miejsca. Byłem po lekturze Jacka Pałkiewicza i miałem mniej więcej pojęcie, co oglądam, ale to nie zastąpi kontaktu z żywym człowiekiem. Co innego w Tikal – zdecydowałem się na zwiedzanie kompleksu z małą grupką i lokalnym hiszpańskojęzycznym przewodnikiem.

Israel (bo tak miał na imię) był wulkanem energii, ale przede wszystkim pasjonatem, który miał coś do powiedzenia zarówno o budowlach, które pokazywał, jak i o cywilizacji ich budowniczych. Podróżuję zazwyczaj samotnie, organizuję wszystko samodzielnie, nie lubię grup zorganizowanych, ale w Gwatemali i w Tikal ostatecznie przekonałem się do przewodników. Zwiedzanie z nimi jest po prostu ciekawsze. Nie oglądamy kolejnych ruin, które po latach zleją się w jedno mgliste wspomnienie, ale konkretne ruiny, za którymi stoją konkretne opowieści. Oczywiście nigdy nie zapamiętamy wszystkich szczegółów, nie zostaniemy ekspertami, ale staje się to osadzone w jakimś kontekście.

Jeśli zaś chodzi konkretnie o Tikal, to jeśli tylko masz komunikatywną znajomość hiszpańskiego, to polecam podłączenie się do jakiejś grupy hiszpańskojęzycznej. Są one zazwyczaj bardziej kameralne niż anglojęzyczne, w których panuje typowa dla tak turystycznych miejsc taśma. Amerykanie królujący w Gwatemali może i są sympatyczni, ale ich styl zwiedzania, który miałem okazję zaobserwować, zupełnie mi nie leży. Israel mówił na przykład, że lokalni przewodnicy anglojęzyczni z automatu zazwyczaj wybierają krótszą trasę i omijają część zabytków nauczeni doświadczeniem, że Amerykanie szybciej się męczą i okazują znudzenie. I rzeczywiście potwierdzam, że moja kilkuosobowa grupa skończyła później niż rozpoczynająca w tym samym momencie grupa anglojęzyczna.

Kręci Cię tropikalna przyroda – jedź do Tikal!

Piramidy to jedno, ale drugie to otaczająca je przyroda. Znajdujemy się w parku narodowym w środku dżungli. Nie wiem na ile to prawda, a na ile straszak na turystów i reklama usług przewodników, ale podobno pewien Kanadyjczyk, zwiedzający kompleks samodzielnie, zgubił się i został znaleziony ledwo żywy z wycieńczenia po dwóch tygodniach błąkania się po lesie. Nie wiem. Ścieżki są dość wyraźnie zaznaczone, ale obszar jest rzeczywiście duży i jestem w stanie sobie wyobrazić, że po zejściu ze szlaku można stracić orientację.

Tak czy siak znowu muszę pochwalić przewodnika. W dniu, w którym zwiedzałem Tikal, pogoda była taka sobie. Jak na miejscowe warunki było dość chłodno i pochmurno. Do chodzenia i oglądania piramid super (środkowoamerykańskie chłodno to wciąż całkiem ciepło 😉), ale zwierzęta zachowywały się trochę niemrawo. Israel mówił, że zazwyczaj są dużo aktywniejsze. Sam niczego w takich warunkach bym nie wypatrzył. Tu przydała się jednak znajomość lasu i jego mieszkańców przez przewodnika. Ja jestem Polakiem i wiem, jak kracze wrona lub ewentualnie jak kuka kukułka, ale nie mam pojęcia, jak robi tukan. 😉 Israel ma pojęcie, umie tukana naśladować, a jak jakiś mu odpowie, to wie, w którą stronę patrzeć, aby go dojrzeć. Tylko dzięki niemu zobaczyłem tego dnia dwa. To samo dotyczy małp, które słychać, ale niekoniecznie widać w koronach drzew. Papugi, dzikiego indyka i pizote wypatrzyłem już sam.

Wspominałem już w jednym z poprzednich wpisów, że jestem z tych rozdartych, którzy nie potrafią się zdecydować, czy na wakacjach bardziej interesuje ich przyroda, czy zabytki. Jeśli masz podobnie, jedź do Tikal – jedno i drugie w genialnym wydaniu.

Kilka luźnych uwag „okołotikalowych”

Zazwyczaj do zwiedzania Tikal startuje się z Flores (miasta z lotniskiem nad południowym brzegiem jeziora Petén Itzá). Jest fajnie położone, podobno niczego sobie, ale nie wiem, bo akurat miałem ochotę na klimaty bardziej wiejskie i zatrzymałem się nad północnym brzegiem tego samego jeziora w El Remate.

Wioska sama w sobie nie ma nic specjalnego, ale da się tu wynająć zupełnie przyzwoity nocleg w dobrej cenie. Ja spałem w chatce z hamakiem na werandzie i łazienką. Podobnych przybytków jest jak na tak niewielką miejscowość sporo, a to ze względu na to, że jest ona najbliżej Parku Narodowego Tikal, dla którego wszyscy w te okolice przyjeżdżają. Na miejscu wykupiłem też wycieczkę do kompleksu ruin z przewodnikiem jak i bilet autobusowy do Cobán.

Do Tikal jedzie się zazwyczaj przed świtem i wraca wczesnym popołudniem. Do Cobán jechałem dopiero następnego dnia, więc miałem sporo czasu na posnucie się po okolicy.

Kawałek za wioską (można dojść pieszo) znajduje się niewielki rezerwat. Nie pamiętam, jak się nazywa, ale jest fajną opcją na popołudniowy spacer. Robi się w nim pętlę po lesie, ścieżka jest dobrze oznaczona, nie da się zgubić. Zaliczyć można tam punkt widokowy z jeziorem Petén Itzá w roli głównej. Dobrze się zabezpieczyć przed komarami – tną jak na Mazurach.

W El Remate miałem też ciekawe doświadczenie. Siedzę sobie na murku pijąc wodę, gdy podchodzi do mnie młody chłopak. Gadka szmatka – skąd jestem, gdzie nauczyłem się hiszpańskiego, jak długo w Gwatemali i takie tam. Nagle pytanie, czy lubię seks. Dlaczego pytasz? – pytam. Otóż jeśli miałbym ochotę, to Edgar (tak ma na imię) załatwi mi go w dowolnej konfiguracji. Grzecznie odpowiadam, że dziękuję. Nawet nie wnikam, czy Edgar świadczy te usługi osobiście, czy jest tylko naganiaczem, życzymy sobie miłego wieczoru i rozstajemy się w przyjaźni.

Gdyby akcja działa się w Bangkoku, Rio, na Ibizie lub w jakiejś innej turystycznej imprezowni, nie zrobiłaby na mnie najmniejszego wrażenia. Natomiast we wsi, w której po zmroku słychać tylko kumkanie żab i szczekanie psów, trochę mnie to zdziwiło. Jak widać, jest jednak popyt, jest i podaż, a w wielu oczach samotny turysta równa się seksturysta.

Tym akcentem ekonomiczno-erotycznym płynnie przejdźmy do polecenia moich całkowicie nieerotycznych pozostałych relacji z Gwatemali:

Po co się jedzie do Gwatemali?

Acatenango – trekking (nie)ekstremalny

Cobán – co robić w miejscu, gdzie nic nie ma? (II)

Facebookby feather


Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox
Inline
Please enter easy facebook like box shortcode from settings > Easy Fcebook Likebox